Rozmowa z Ireneuszem Taraszkiewiczem, trenerem Sudetów Jelenia Góra

Sudety dopiero co wywalczyły awans, a trener Taraszkiewicz już myśli o budowie silnego zespołu na I ligę. – Chciałbym zatrzymać trzon drużyny, która wywalczyła awans. Poza tym potrzebujemy wzmocnień pod koszem – mówi. W kręgu zainteresowań szkoleniowca jest m.in. były gracz Górnika Marcin Kowalski.

W meczu decydującym o awansie do I ligi Sudety przegrywały do przerwy 20:37, a mimo to wygrały. Co pan powiedział zawodnikom w szatni, że przeszli taką metamorfozę?

IRENEUSZ TARASZKIEWICZ: – Przypomniałem im, że w pierwszym meczu wygrywaliśmy do przerwy różnicą 16 punktów, a mimo to rywale zdołali odrobić straty i wygrali. Starałem się ich zmobilizować i pokazać, że jeszcze nie wszystko stracone, że losy tego meczu można jeszcze odwrócić. Powiedziałem im: „Panowie, zostało 20 minut do końca i stawiamy wszystko na jedną kartę. Każdy ma wykrzesać z siebie jak najwięcej i grać z głową”. Przyznaję, że w pierwszej połowie byliśmy sparaliżowani obecnością nadkompletu publiczności. Żyję już w Jeleniej Górze wiele lat, prowadziłem wspólnie z trenerem Oleksym zespół Spartakusa, awansowaliśmy nawet do ekstraklasy, ale tylu kibiców na meczu to jeszcze nie widziałem. Ta publiczność w nas wierzyła. Zresztą dobrze się stało, że zaczęliśmy drugą połowę od 5:0, bo chłopcy uwierzyli, że można coś jeszcze zrobić. Poniósł ich doping kibiców. Myślałem, że po fatalnej pierwszej połowie w naszym wykonaniu ludzie wyjdą z sali, ale nikt nie wyszedł. Wszyscy do końca nam kibicowali, wierzyli w nas i chyba nikt nie żałował, że został do końca. Bo takich przeżyć sportowych w Jeleniej Górze dawno nie było.

Jest szansa na taką frekwencję na waszych meczach I ligi?

– Mamy tak wspaniałą publiczność, że nie powinno być z tym kłopotu. Zresztą mamy chyba wypracowaną już pewną renomę. Żeby wydźwignąć się z takiego dołka, jak to zrobiliśmy w meczu z AZS, to trzeba mieć charakter.

Co w przekroju trzech spotkań z AZS zadecydowało o waszym awansie?

– Przede wszystkim przygotowanie fizyczne. My wytrzymaliśmy ostatnie dwadzieścia minut na najwyższych obrotach, skoczyliśmy agresywnie na rywali, broniąc na całym boisku, a oni nie wytrzymali tego tempa i stanęli.

Sudety były najlepszym zespołem II ligi?

– Wyniki mówią same za siebie. Nie będę skromny w tej kwestii (śmiech). Na początku sezonu mówiłem, że mamy kłopoty, bo odeszło od nas kilku podstawowych zawodników. Ale w tej drużynie wygrała chemia. To są chłopcy, którzy nie kłócili się i nie mieli do siebie pretensji nawet w trudnych momentach. Udało mi się do nich dotrzeć, zaufałem im, a oni mnie. Poza tym mieliśmy trochę szczęścia, bo w sporcie ono też jest potrzebne.

Myśli pan już o budowie zespołu pod kątem I ligi?

– Już wcześniej zaczęliśmy o tym myśleć. Na razie daliśmy sobie czas na radość i zabawę, ale ten czas szybko ucieka. Chciałbym zatrzymać trzon drużyny, która wywalczyła awans. Poza tym potrzebujemy wzmocnień pod koszem, bo tak naprawdę nie mamy środkowego. Graliśmy cały sezon taką fałszywą jedynką i piątką. Mimo to udało się nam wygrać ligę – wystarczyło wykrzesać z tych zawodników wszystko, co najlepiej potrafią.

Ma pan już na oku koszykarzy, których chciałby zatrudnić w Jeleniej Górze?

– Rozglądam się. Nie patrzę tylko na nazwiska i umiejętności, ale też na charakter. Budowałem ten zespół z myślą, że może nie będziemy najsilniejsi sportowo, ale dopasujemy wszystkich graczy charakterologicznie. To się udało i to jest też jeden z czynników, dzięki którym osiągnęliśmy sukces. Najlepiej byłoby poszukać koszykarzy w naszym regionie. Może w Górniku Wałbrzych? Tam na pewno będzie kilku chłopaków, którzy nie załapią się do ekstraklasy. Już w tym roku bardzo chcieliśmy pozyskać Marcina Kowalskiego. Mieliśmy jego zapewnienie, że jeśli awansujemy, to będzie chętny, by podjąć z nami dalsze rozmowy.

Do kiedy chce pan skompletować drużynę na I ligę?

– Chciałbym mieć zespół w komplecie jeszcze przed wakacjami. Nie wiem, na ile to jest realne. Myślę, że nie będzie problemu z pieniędzmi. Mamy zapewnienia ludzi, którzy nie rzucają słów na wiatr, że wesprą nas w I lidze.

Klubowy budżet musi się bardzo zwiększyć, by zbudować solidny zespół na zapleczu ekstraklasy?

– Musi się zwiększyć przynajmniej o połowę, a najlepiej byłoby, gdyby był jeszcze raz taki, jak do tej pory. Nie mówimy o wielkich pieniądzach, bo w II lidze mieliśmy naprawdę skromny budżet. Z tego, co się orientuję, mieliśmy jeden z najniższych budżetów w II lidze. Ale nie zawsze pieniądze przekładają się na sukcesy. U nas w klubie po prostu dobrał się zespół ludzi, którzy wspólnie pracują i dążą do celu.

Rozmawiał
TOMASZ BRUSIŁO – Słowo Sportowe