Rozmowa z Danielem Ziółkowskim, piłkarzem Łużyc Lubań
6 listopada 2021, to data trudna do wymazania z pamięci Daniela Ziółkowskiego, bowiem tego dnia podczas meczu Leśnika Osiecznica z Chrobrym II Głogów doznał "potwornego" złamania nogi. Ze stadionu w Osiecznicy został zabrany karetką pogotowia do szpitala, a piłkarze obu drużyn byli tak zdruzgotani tym co zobaczyli, iż zrezygnowali z kontynuowania gry. Dzisiaj wraz z piłkarzem wracamy do tamtych chwil oraz rozmawiamy o jego obecnej piłkarskiej doli, którą wiedzie w Łużycach Lubań.
Przede wszystkim jak się czujesz, noga wróciła do pełni formy po kontuzji, która ci się przydarzyła podczas meczu Leśnika z Chrobrym II?
DANIEL ZIÓŁKOWSKI: - Nie mam żadnych problemów z noga, solidnie i sumiennie przepracowałem okres rehabilitacji, na boisko wróciłem szybciej niż zakładano. Ta kontuzja nie odbiła się na mnie jakoś specjalnie, nie odebrała mi umiejętności, ani ich nie zredukowała. Operacja, rehabilitacja, ciężka praca, jedyne co straciłem to pół roku grania, tak uważam. Kość się zrosła, ale do wakacji tego roku będę grał jeszcze z płytką i śrubami w kości strzałkowej, idzie się przyzwyczaić. Mam zgodę od lekarza, który mnie operował, aby po tym okresie wyjąć zespolenie.
Pytałem o nogę, a pewnie równie ważne o ile nie ważniejsze jest pytanie o głowę. Miałeś obawy, aby ponownie wyjść na boisko i kopać piłkę?
- Rzecz jasna na początku takie obawy były, odstawiałem "gdzieś" nogę, trzeba było na nowo ułożyć stopę, lecz z biegiem czasu wracała pewność siebie i pamięć czucia "piłki" w nodze. Po pierwszym treningu i grach wewnętrznych w Łużycach, gdy pojawiłem się tutaj u trenera Radosława Szajwaja, znowu poczułem głód gry, tę pasję i przyjemność z grania w piłkę. To było coś wspaniałego, uczucie nie do opisania, że jednak wróciłem po takiej kontuzji. Jedyne, co mnie mogło teraz blokować to własna głowa. Wsparcie jakie otrzymałem od ludzi otaczających mnie na boisku i poza nim było ogromne, więc pozostało tylko "wyczyścić" umysł ze strachu i grać dla tych ludzi, którzy we mnie wierzyli!
Jak sięgniesz pamięcią do okresu, gdy czekałeś w szpitalu na operację, to wierzyłeś, że jeszcze będziesz grał w piłkę?
- Przez pierwsze dni po operacji myślałem tylko o powrocie do pełnej sprawności, żeby się usamodzielnić i dać sobie spokój z piłką, tyle wtedy mi wystarczało do szczęścia. Tym bardziej, iż rokowania początkowo nie były optymistyczne. Pierwsze analizy zdjęć w szpitalu budziły obawy, bo zrobiono konsylium w mojej sprawie i lekarze podejrzewali u mnie martwicę, byłem załamany. Na szczęście po kolejnych badaniach okazało się, że wszystko jest w pełni ok i kość zrasta się w prawidłowym tempie. To był okres, gdzie nie myślałem jeszcze o piłce, nawet miałem jej dość, chciałem tylko jak najszybciej być sprawny i samodzielny.
W rundzie jesiennej zdobyłeś 7 goli w 12 ligowych meczach dla Łużyc, jesteś zadowolony z takiego dorobku, czy liczyłeś na więcej?
- Jestem z siebie zadowolony, że w ogóle wróciłem do futbolu, iż fizycznie i piłkarsko dawałem sobie radę. Myślałem, przecież nikt ode mnie nic nie wymaga, każdy mówił, abym nawet nie myślał o tym czy strzelę 1, 5, czy 20 bramek, bo teraz to nie jest najważniejsze. Miałem tylko powoli wchodzić na boisko i łapać pewność siebie oraz budować formę sprzed kontuzji, stopniowo, cegiełka po cegiełce.
- Jeśli chodzi o dorobek strzelecki, to dramatu nie było, trzeba sobie dać czas, jednak też wymagać coraz więcej. Tak naprawdę zaliczyłem nieco ponad połowę tego, co można było zagrać. Na pewno będę wymagał od siebie coraz więcej, nie będzie tłumaczeń, że jestem po kontuzji. Nie dopuszczam myśli o pofolgowaniu sobie i pozwoleniu głowie na wprowadzenie usprawiedliwień z tym związanych. Nie tędy droga. W drugiej części rundy wróciło to "coś", ta pewność siebie. Nie bałem się wejść w drybling, dostawić nogi, kompletnie zapomniałem o kontuzji.
Zaczęliście sezon nieźle, ale mecze z Karkonoszami i Prochowiczanką boleśnie was zweryfikowały. Wysokie porażki były ceną jaką zapłaciliście za próbę otwartej gry?
- W meczu z Karkonoszami wyszliśmy bardzo wysoko, a co za tym idzie, postawiliśmy wszystko na jedną kartę. Rywalizacja z tak solidnym zespołem ma to do siebie, iż wystarczy niesprawność nawet jednego mechanizmu, by rywal to wykorzystał. Źle funkcjonowaliśmy między liniami, ale nie ma co tłumaczyć się z tego meczu, byliśmy słabsi tamtego dnia, choć znalazłbym też kilka pozytywów. Karkonosze to najmocniejszy zespół w lidze, wystarczy popatrzeć na nazwiska zawodników jacy tam grają, więc nie ma powodów do wstydu. Nauka...
- Mecz w Prochowicach wyglądał podobnie, z tą różnicą, iż tam do stanu 3-0 "sami" sobie wbiliśmy dwie bramki... Później to już efekt otwartej gry, a wcale nie zapowiadało się na taki wynik. Często nawiązywaliśmy równą walkę, brakowało konkretów. Prochowiczanka to także solidny, mądry i poukładany zespół, posiadający w kadrze wielu fajnych zawodników, którzy potrafią wykorzystać każdą lukę u przeciwnika.
Z twojego punku widzenia bardziej bolały tamte przegrane, czy 0-1 z BKS Bolesławiec, którego jesteś wychowankiem?
- Mnie bardziej bolały tamte porażki. Nie patrzę tylko na sam wynik, również na to, co sam w danym meczu dokonałem, a w tamtych meczach akurat zrobiłem niewiele. W Prochowicach było lepiej, wciąż jednak zdecydowanie za mało. Nastawiasz się na grę ofensywną, a tu zero konkretów. Takie spotkania się zdarzają, nieważne czy przegrywasz 2-7, czy 0-1, to i tak przeciwnik otrzyma trzy punkty. Poza wynikiem ważna jest też przyjemność z gry, w tamtych meczach jej nie było. Natomiast BKS tamtego dnia był od nas lepszy, bardziej chciał i walczył o każdy metr boiska. Nie boli mnie przegrana z moim byłym zespołem. Mimo, że już tam nie gram, mam wielu znajomych i sentyment do klubu, życzę chłopakom jak najlepiej.
Do Lubania sprowadził cię trener Radosław Szajwaj, ostatnie zrezygnował z pracy, byłeś zaskoczony tym faktem?
- Nie byłem zaskoczony, trener Szajwaj przyzwyczaił mnie, że kładzie duży nacisk na rozwój. Swoje w Lubaniu zrobił, podobnie jak wcześniej w Osiecznicy. Jeżeli uznał, iż jego czas w Łużycach dobiegł końca, to na pewno udowodni nam wszystkim, że była to dobra decyzja.
Masz żal do niego, że zrezygnował? Czujesz się oszukany?
- Nie mam do niego żadnego żalu, nie czuję się też oszukany, a wręcz wdzięczny, że po kontuzji wprowadził mnie do fajnego zespołu, powiem nawet wspaniałej ekipy, w której mogłem się odbudować. Taki jest sport, trener ma prawo się rozwijać, zmieniać otoczenie, próbować czegoś nowego. Jest wyjątkowym trenerem, potrafi zjednoczyć szatnię zarówno na boisku jak i poza nim. Myślę, że większość, jeśli nie każdy kto z nim współpracował ma podobne zdanie na jego temat.
Zmiana szkoleniowca zmieniła twój punkt widzenia na dalszą grę w Lubaniu?
- Nie zmieniło to mojego podejścia, aczkolwiek bardzo lubię pracować z trenerem Szajwajem, lubię jego podejście, treningi, mental i relacje jaki buduje na linii trener - zawodnik. Trener Jacek Kanas to również bardzo solidny fachowiec, co udowodnił w Mewie Kunice. Nie ma w tej chwili znaczenia, czy Radek byłby w zespole czy nie. Jeżeli mam zostać, to zostanę bez względu na to kto poprowadzi drużynę. Jeżeli będzie to inna decyzja, to także podjąłbym ją bez względu na to kto jest trenerem.
Rozmawiałeś już z Jackiem Kanasem o swojej przyszłości w drużynie?
- Mieliśmy krótką rozmowę po jego zatrudnieniu w Lubaniu. Powiedziałem mu, iż na dzień dzisiejszy zostają w Łużycach, ale piłka jest przewrotna i różnie może być. Chyba każdy jest tego świadomy, taki jest sport. Na ten moment zostaję i daję z siebie maksa do końca, niezależnie od tego, czy i kiedy skończy się tutaj moja przygoda.
Pewnie propozycje z innych klubów się pojawiają, możesz nam coś zdradzić?
- Po koniec stycznia miałem okazję wziąć udział w testach, w zespole niemieckiej ligi regionalnej - Wormatii Worms (4 szczebel rozgrywek). Otworzyłem sobie furtki na przyszłość, pokazałem się tamtym otoczeniu, zobaczyłem jak to funkcjonuje od środka. Według opinii trenerów wypadłem pozytywnie, co mnie bardzo ucieszyło. Zainteresowanie wykazał też zespół występujący ligę niżej, jednak na ten moment nie ciągnąłem tematu, za dużo było komplikacji, a za mało czasu na ich ogarnięcie. Fajna przygoda może w przyszłości zawitam w tamtym regionie, będzie mi wtedy dużo łatwiej o klub. Jeśli chodzi o futbol lokalny, to jednego dnia jesteś tutaj, drugiego w innym miejscu. To piłka amatorska, wszystko jest możliwe.
Rozmawiał
Piotr Kuban
Tomasz Żukiewicz
Leszek Wrotniewski
Konrad Rydzewski
Rafał Piotr Szymański
Kazimierz Piotrowski
Hubert Papaj
Wojciech Leszczyk
Maciej Lercher
Paweł Kucharski
Oliwer Kubicki
Jacek Jakubiec
Paweł Gluza
Wojciech Chadży