Rozmowa z Jarosławem Wichowskim, trenerem Włókniarza Mirsk

Włókniarz Mirsk po rundzie jesiennej jest wiceliderem jeleniogórskiej klasy okręgowej. Do prowadzącego BKS z Bolesławca traci trzy punkty. Mirszczanie zabłysnęli jesienią nie tylko pozycją w tabeli, ale też imponującą liczbą 70. zdobytych bramek. - Od okręgówki wzwyż to najlepszy wynik w kraju - mówi trener Jarosław Wichowski.

Na półmetku sezonu tracicie do lidera trzy punkty. Jesień zapisaliście sobie na plus?

JAROSŁAW WICHOWSKI: - Właśnie najbardziej boli, że to Włókniarz traci te trzy punkty do BKS. W pewnym momencie to my byliśmy liderem. Po wynikach było widać, że zasługiwaliśmy na najwyższą lokatę. Niestety słaba seria spotkań gdzie w trzech zdobyliśmy jeden punkt sprowadziła nas na ziemię. Szkoda straconych punktów bo w ostatecznym rozrachunku może ich zabraknąć. BKS jest jak na warunki klasy okręgowej silną drużyną i będzie się trzeba mocno napracować żeby zakończyć rozgrywki przed nimi. Nie zapominamy oczywiście także o innych zespołach. 34 zdobyte przez nas punkty nie stawiają nas w drugiej rundzie na straconej pozycji. Przyznam, że liczyłem na troszkę większą zdobycz, ale z drugiej strony momentami z naszej gry byłem naprawdę zadowolony. Wysokie zwycięstwa, dużo stwarzanych sytuacji prawie w każdym meczu to napawa optymizmem.

W przeciwieństwie do waszego najgroźniejszego konkurenta przed sezonem nie poczyniliście wzmocnień. Wasze osiągnięcie tym bardziej powinno wzbudzać szacunek.

- Każdy klub wybiera inną ścieżkę rozwoju i na pewno nie będę tutaj oceniał poczynań naszych konkurentów. Skupiam się na Włókniarzu. Polityka klubu, w którym pracuję bardzo mi odpowiada. Uważam, że coś co się buduje za szybko zawsze ma więcej niedoskonałości od czegoś budowanego latami. Gramy swoimi wychowankami przez co każdy z zawodników bardziej utożsamia się z klubem. Wszyscy gotowi są wiele poświęcić dla swojej drużyny co z pewnością wpływa na atmosferę w samym klubie i całą otoczkę wokół niego. Tak naprawdę przed sezonem jednak się wzmocniliśmy. Do pierwszej drużyny włączyliśmy juniorów naszego klubu, którzy w poprzednim sezonie pod okiem Wiesława Sapińskiego rozbili w pył rozgrywki juniorskie w okręgu. Tacy piłkarze jak 16-letni Paweł Niemienionek czy 17-letni Łukasz Bursacki oraz o rok starsi Jacek Jasiński, Dawid Grygiel czy Mateusz Szurmiej będą stanowić o sile Włókniarza w nadchodzących latach. Z drugiej strony życzę im żeby zamiast przygody z piłką osiągnęli przynajmniej drobne kariery i grali w silniejszych drużynach.

Praca klubu z młodzieżą to główna siła pierwszej drużyny Włókniarza?

- Na pewno jeden z najważniejszych czynników stanowiących o sile drużyny. Nie można zapominać, iż nic nie dałoby się zbudować bez odpowiedniej organizacji w klubie, a tutaj naprawdę mamy czym się pochwalić. Włókniarz od wielu lat w naszym okręgu uważany jest za świetnie zorganizowany klub za co na pewno brawa należą się Panu prezesowi Andrzejowi Jasińskiemu, wszystkim działaczom, sponsorom i kibicom. Młodzież ma naprawdę super warunki do pracy i chętnie z tego korzysta. Dzięki temu zyskuje na tym pierwsza drużyna.

Bardziej od zajmowanej przez Was pozycji uwagę zwraca jednak liczba strzelonych bramek...
- Szczerze czekałem na to pytanie (śmiech). 70 trafień w jednej rundzie to z pewnością rzadki wyczyn. Średnio wyszło blisko pięć bramek na mecz. Dzięki takiej liczbie nawet mi udało się pobić osobisty rekord bramek strzelonych w jednej rundzie. Nie wiem czy na strzelecką formę nie miało wpływu urodzenie się mojego syna Leosia. Chyba troszkę za późno się ustatkowałem (śmiech). Widać, że na zawody z naszym udziałem warto się wybierać, gdyż preferujemy ofensywny styl. Jesteśmy ciągle głodni bramek. W niektórych meczach mimo wysokiego prowadzenia wciąż parliśmy do przodu z chęcią strzelania kolejnych. Uważam, że to jest droga do serc i zainteresowania kibiców. Zarówno nasi fani jak i innych drużyn doceniali naszą grę, a to dla nas duża satysfakcja i wyróżnienie. Mecze sprawiały nam wiele radości, a już strzelenie w dwóch spotkaniach z rzędu 21 bramek to duże osiągnięcie nawet na poziomie amatorskiej klasy okręgowej. Szkoda, że pokaźny dorobek nie dał nam większej ilości punktowej. Z drugiej strony świadomość tego, iż jesteśmy najskuteczniejszą drużyną w Polsce licząc wszystkie okręgówki oraz pozostałe szczeble do samej ekstraklasy daje nam wiele pozytywnych emocji. To przecież blisko 100 lig w Polsce!

W trakcie sezonu doznaliście trzech porażek. Któraś zabolała szczególnie?

- Moja żona Marta powiedziałaby, że o trzy za dużo ponieważ wie, że po każdej porażce jestem nie do życia. Każdą przegraną przezywałem na swój sposób. Ale porażki w Dziwiszowie z Piastem (2:4 dop. red.) po fatalnej grze nie mogę przełknąć do teraz. Szybko stracone trzy bramki wszystkie w wybitnie kuriozalnych sytuacjach dały mi dużo do myślenia. Sport uczy pokory. Oby takie spotkania omijały nas na wiosnę.

Wolisz prowadzić drużynę występując w roli grającego trenera, czy wyłącznie obserwując ją z ławki rezerwowych?

- W tamtej rundzie ze względu na kontuzję nie grałem w dziesięciu spotkaniach i miałem możliwość prowadzenia drużyny z ławki rezerwowych. Powiem szczerze, że kosztowało mnie to dużo zdrowia. Z drugiej strony stojąc w bocznej strefie wszystko widać jak na dłoni i można szybko reagować na boiskowe wydarzenia. Będąc na boisku na pewno wiele rzeczy gdzieś umyka. Dopóki jednak czuję, że w wymierny sposób mogę pomóc zespołowi to będę to robił nadal. Jest to ciężka rola, ale póki co udaje się wszystko pogodzić.

W Mirsku jesteś już kolejny sezon. Klimat w tym mieście służy rozwojowi piłki nożnej?

- Mirsk to małe miasteczko jednak zainteresowanie piłką jest bardzo duże. Wielu mieszkańców utożsamia się z klubem od wielu lat. Niektórzy nie tylko przychodzą na nasze mecze domowe lecz również są obecni na wyjazdach oraz treningach. Daje się odczuć pozytywną atmosferę wokół klubu. Obserwując frekwencję na trybunach myślę, że, tak dużo ludzi chodzi jedynie na mecze Włókniarza w Leśnej, nie licząc oczywiście Kowar gdzie ostatnio jest duży boom na piłkę. Wpływ na to ma z pewnością gra swoimi wychowankami. Niektóre kluby mają problem z zebraniem jedenastki na mecz. U nas nie ma o tym mowy. W piątek przed każdym meczem wybieram osiemnastkę. Bycie na liście chłopcy już traktują jako wyróżnienie. Dzięki rywalizacji możemy się rozwijać i iść do przodu. Dobrze, że udało się zgłosić do rozgrywek B klasy drugą drużynę, gdyż mamy do dyspozycji ponad trzydziestu ludzi. Każdy z nich systematycznie trenuje. Wątpię żeby w którymś klubie w regionie frekwencja na treningach wyniosła ponad dwudziestu zawodników. To z pewnością służy rozwojowi piłki w Mirsku i mobilizuje wszystkich do pracy. Do tego dochodzi jeszcze świetnie prowadzona przez Radosława Kuźniara strona internetowa klubu. Praca w klubie z tymi ludźmi i w tych warunkach organizacyjnych to czysta przyjemność.

W przypadku zajęcia miejsca premiowanego awansem będziecie z marszu gotowi do gry na wyższym szczeblu?

- Na razie o tym nie myślę. Przed nami daleka droga w następnej rundzie. Jak dobrze wystartujemy to może być ciekawie. Wierzę, że jesteśmy w stanie wywalczyć pierwsze miejsce, a gra w obecnej czwartej lidze gdzie poziom w stosunku do poprzednich lat się obniżył nie jest już tak dużym problemem. Nieraz o wiele trudniej jest awansować do wyższej ligi niż się w niej utrzymać.

Jesteś jednym z najbardziej obiecujących trenerów młodego pokolenia w okręgu. Praca w roli trenera klasy okręgowej z pewnością nie jest Twoim szczytem marzeń.

- Każdy ma jakieś cele w życiu i stara się je realizować. Nie udało mi się z wielu względów jako czynnemu zawodnikowi, to może osiągnę więcej jako trener. Jednak żeby to osiągnąć trzeba cały czas się rozwijać i inwestować w siebie. Przykładowo od stycznia rozpoczynam kurs trenera I klasy i UEFA A w szkole trenerów w Warszawie. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że po co mi to pracując jedynie w klasie okręgowej jednak ja uważam zupełnie inaczej. Nawet jak mam to robić do końca życia w klasie okręgowej czy nawet w B klasie chcę mieć jak największą wiedzę dla własnej satysfakcji i służyć rozwojowi piłki w regionie, a potem jak dopisze szczęście może i jeszcze gdzieś dalej...

Rozmawiał
GRZEGORZ BEREZIUK