Czas sprinterów

Etap do Opola, najdłuższy w tym roku, będzie rozstrzygnięty przez sprint. Co do tego nikt nie ma wątpliwości. A zatem nadchodzi czas sprinterów. Zawodników, którzy z chirurgiczną precyzją muszą wykończyć pracę drużyny. Finisz z grupy to emocjonujący koniec raczej nudnych, długich i płaskich etapów. Wszystko rozgrywa się na ostatnich kilometrach.

Najpierw ustawiają się pociągi ekip, na końcu których jedzie sprinter. Tempo grupy rośnie z każdym obrotem pedałów. Peleton napędza się do 50, 60 kilometrów na godzinę. Kiedy do mety zostaję dwieście, sto metrów, ostatni pomocnicy schodzą ze zmiany, wtedy nadchodzi czas sprinterów. Potrafią oni dołożyć jeszcze pięć, dziesięć kilometrów prędkości. W ubiegłym roku w Katowicach Kitel miał na liczniku 72 kilometry - prędkość z kreski. I właśnie dlatego tak trudno o klasowych sprinterów.

Sprinter musi się bowiem odkleić od świata na tych ostatnich metrach. Nie myśleć o niczym prócz białej linii mety. Miejsca ma czasem tylko na szerokość kierownicy. I musi się w nim zmieścić. Przepychanie na finiszu nie należy do rzadkości. Stąd kraksy, o których również sprinter musi zapomnieć. Dzisiaj w Opolu na mecie finiszować będzie Gerals Ciolek, który parę lat temu na finiszu w Gdyni przeleciał dziesięć metrów w powietrzu w czasie kraksy? Czy myślicie że odpuści? Albo jego kolega z drużyny, Tom Boonen, niegdyś seryjnie wygrywający etapy. Dzisiaj meta będzie należała właśnie do tych zawodników, którzy ryzykują wiele, dla tej jednej, ulotnej chwili zwycięstwa. No chyba, że dojedzie ucieczka, ale to temat na całkiem inną opowieść...

Miłosz Sajnog