Rozmowa z Ireneuszem Taraszkiewiczem, trenerem Sudetów JG

Sudety nie rezygnują z walki o pozostanie na zapleczu ekstraklasy. – Realnie oceniając, szansa na utrzymanie jest iluzoryczna. Ale w sporcie różnie bywa. Nie mamy nic do stracenia – będziemy walczyć do końca – zapowiada trener Ireneusz Taraszkiewicz.

Mimo trudnej sytuacji finansowej zespół Sudetów został wzmocniony, ale przy krótkiej ławce waszym największym wrogiem wydaje się obecnie kalendarz rozgrywek i mecze co 3 dni…

IRENEUSZ TARASZKIEWICZ: – Trudno mówić o wzmocnieniach, bardziej o uzupełnieniach składu. Na razie największy pożytek jest z Sebastiana Szymańskiego. Co do Jakuba Czecha, to jego forma jest daleka od dobrej. Gdyby był w takiej formie, jak przed rokiem, to pewnie wygralibyśmy ze 2-3 mecze więcej.

Wypożyczony z Turowa Sebastian Szymański uchodzi za wielki talent. Potwierdza pan jego potencjał?

– On ma duże możliwości. Dlaczego daję mu dużo minut gry? Bo ten chłopak mimo młodego wieku naprawdę dobrze gra. Na razie nie trafia, ale ma rękę do rzutów – w pierwszym meczu w Dąbrowie Górniczej trafił z dystansu 6/7. Na boisku podejmuje dobre decyzje. Dołączy do nas jeszcze Oskar Bukowiecki, który musiał pauzować, bo na pierwszym treningu podkręcił nogę. Wiele osób uważa, że w tej chwili jest on nawet graczem lepszym od Szymańskiego. Niewątpliwie to są talenty i nie przez przypadek występowali w kadrach młodzieżowych.

To zawodnicy, którzy w przyszłości poradzą sobie w ekstraklasie?

– Jestem zbulwersowany, że takich chłopaków trzyma się gdzieś z boku i nie mają możliwości gry i rozwoju. Trenowali z zespołem seniorskim Turowa Zgorzelec na takiej zasadzie, że uzupełniali skład, kiedy inni koszykarze byli chorzy czy niedysponowani. Ale brakowało im tego, co młodych zawodników najbardziej rozwija – grania. Można ciężko trenować, ale jak się nie gra, to nie następuje rozwój.

Mimo że uzupełniliście skład, wciąż jest on zbyt wąski na I ligę i trudno choćby o pojedyncze zwycięstwa…

– Teraz zaczynamy gry z zespołami, z którymi prawdopodobnie spotkamy się w fazie play-out. Zobaczymy, jak będziemy się prezentować na tle drużyn z Łańcuta, Krosna, Katowic czy Wałbrzycha. Górnik jest ostatnio na fali, ale proszę zauważyć, że tam nie było rewolucji kadrowej; doszedł jeden czy dwóch graczy. A my zupełnie przewartościowaliśmy zespół, bo gracze, którzy wcześniej wchodzili na zmiany, teraz tworzą pierwszą piątkę. Nam brakuje obecnie jednego – stabilności podstawowych zawodników, takich jak Czech, Niesobski czy Samiec. Potrafią zagrać koncertowo, na bardzo wysokim poziomie, ale za chwilę grają na niskim poziomie – to jest nasz największy problem. Brakuje mi graczy stabilnych, którzy zagrają kilka meczów z rzędu na dobrym poziomie.

Zapytam wprost – widzi Pan szansę na utrzymanie w I lidze? Czy to realny cel?

– Skład już nam się nie zmieni. Realnie oceniając, szansa na utrzymanie jest iluzoryczna. Ale w sporcie różnie bywa. Kiedy już dojdzie do fazy play-out, to niewykluczone, że inne zespoły będą miały problemy finansowe i zostaną osłabione. Częścią sportu są choroby, kontuzje, a także szczęście – wiele czynników składa się na końcowy wynik. My już teraz przygotowujemy się pod kątem fazy play-out. Chciałbym wygrać w końcu jakiś mecz, bo to wprowadziłoby pozytywną atmosferę do drużyny. Gramy do końca – powzięliśmy decyzję, że się nie poddamy. Jeśli się nie uda, to spadniemy do II ligi. Ale gdybyśmy się wycofali, to przyszły sezon rozpoczęlibyśmy w III lidze, a stamtąd bardzo trudno awansować. Jeden mecz może przekreślić wysiłek całego sezonu – mam takie doświadczenia z pracy w Legnicy. Ciągle mam nadzieję na utrzymanie – jeśli jej nie miał, to bym nie pracował. Nie mamy nic do stracenia – będziemy walczyć do końca.

Co jeśli spełni się czarny scenariusz i spadniecie do II ligi?

– Gdyby nam się nie udało utrzymać, to ci młodzi chłopcy będą już ograni i w przyszłym sezonie w II lidze sobie poradzą. Nawet jeśli spadniemy, to koszykówka w Jeleniej Górze będzie dalej istniała – robimy wszystko, żeby tak było. W naszym mieście są tradycje i jest zapotrzebowanie na koszykówkę, bo mimo że przegrywamy, wciąż na nasze mecze przychodzi dużo ludzi.

Rozmawiał
TOMASZ BRUSIŁO – Słowo Sportowe